Hej! Miło że się przysiadłeś, nie mam z kim porozmawiać. Chciałbym Ci opowiedzieć pewną historię, historię która zatrząsła prawie całą wyższą sferą Rosyjką. Nie opowiem Ci jej jednakże teraz, pierw chce, byś się o mnie dowiedział jak najwięcej. Nazywam się Vasil i przed półtora roku, służyłem w Armii Rosyjskiej. Tamtego dnia, parę tygodni - być może nawet miesięcy - po zdobyciu Krymu przez Putina, nasze wojsko było dość ostro traktowane. Codzienne treningi, bez odpoczynku... Małe racje żywnościowe. Nasz kraj szykował się do otwartej wojny, jakby nie bał się odwetu ze strony innych państw. Prawdę mówiąc, nawet się nie dziwię. Mieliśmy wtedy wiele bomb atomowych, wymierzonych w najważniejsze kraje. Niemcy, Szwecja, Polska, USA. Wszyscy oni mogli zginąć w przeciągu parunastu minut. Jednakże naszego prezydenta coś powstrzymało. Właśnie o tym chce Ci opowiedzieć..
Wszystko zaczęło się tamtego feralnego dnia. Był piękny, piątkowy - a także wakacyjny - poranek. Ah.. weekend, czyż nie jest wymarzoną rzeczą? Nie. Nie w wojsku. Na najbliższe "wolne" dni, mieliśmy zaplanowane ćwiczenia polegające na odbijaniu bazy. Niby nic wielkiego, choć w głębi duszy wszyscy czuliśmy, że to ma nas do czegoś przygotować.
Po skromnym śniadaniu - bo raptem dwie kromki chleba i trochę soku - wezwano nas wszystkich na plac. Tam, dowódca naszej bazy - Major Sasha Szewczenko wygłosił przemówienie.
- Słuchać, wy pieprzone sukinkoty! Ten trening, to wasz ostatni w tym miesiącu. Jeśli odbijecie tą bazę, nasza drużyna zostanie wcielona w główny płat wojska - rozległ się śmiech zadowolenia. Pamiętam ten śmiech, z lekka mnie przerażał - Nasz prezydent, towarzysz Putin chce, by atak wyglądał jak najbardziej realistycznie. Dlatego wysłał tam mały oddział. Macie odbić bazę, nie zważając na straty! - dodał po chwili. Wszyscy siedzieliśmy cicho, jednakże każdy z nas cieszył się i bał. Dziwne, prawda? Chcieliśmy się trochę rozerwać od tych rutynowych treningów.. Ale dręczyło nas, czemu szkolą nas w odbijaniu baz? Czyżby towarzysz Putin planował jakieś akcje? To nas dręczyło, lecz cóż.. Na wojnie i w miłości nie ma litości.
***
Dwie godziny po przemówieniu, uzbrojeni w karabiny, latarki, noże i inne bajery wsiedliśmy do ciężarówek. Nasze koszary liczyły ponad setkę osób, dlatego też podzielono nas pięć oddziałów. Każdy z nich miał zdobyć inną bazę, każdy miał innego dowódcę. Ja trafiłem pod dowódcę mojego kolegi, Wanii Szolczkowiela.
Ja siadłem za kierownicą, on obok mnie, a kolejna dwudziestka osób na tył. Powoli ruszyliśmy do miejsca, gdzie mieliśmy przeprowadzić akcje. Chryste, gdybym wiedział, że to się tak potoczy. Zabiłbym majora bez mrugnięcia oka...
Oo! Widzę, że Cię zainteresowałem, inaczej nie siedziałbyś tutaj. A więc chcesz słuchać dalej? Dobrze, słuchaj...
Trzy godziny zajęły mi, bym dojechał z oddziałem do miejsca zbiórki. Tam, wyskakując z ciężarówki, zaniemówiłem. To nie była zwykła baza, o nie. To był obóz pełny ludzi, z Niemiecką flagą powiewającą nad głowami..
- Co tu się dzieje?! - krzyknąłem wręcz. Nie wyobrażasz sobie, jakie było moje zdziwienie. Niemcy, gdy tylko nas zobaczyli, otworzyli ogień, tworząc klin przed wejściem. Jakby nie chcieli nas tam wpuścić.. No cóż, nie mieliśmy wielkiego wyboru. Wyrżnęliśmy wszystkich, którzy blokowali wejście. Ci, którzy uciekli do środka - przeżyli.
- Dawać bazukę... - zaśmiał się mój przyjaciel. Spojrzałem na niego, jakby z żalem w oczach. Ale podałem mu tą broń, on tylko podziękował po czym wystrzelił w drzwi. Pocisk wysadził wejście, zabijając najpewniej większość tam przebywających.
Nasi ludzie szybko wparowali do kompleksu, całego go przeszukując. Nie było tam nic dziwnego, ale.. Jeden z żołnierzy nadepnął na klapkę, powodując odsunięcie się klapy na ziemi.
- Cóż to? - zapytałem. Mroźny wiatr powiał z podłogi, aż ciarki przeszły po plecach. Wymierzyliśmy karabiny w dziurę, spodziewając się jakiś zwierząt. Nie było nikogo..
- Schodzimy - stwierdził mój "dowódca"
- Nie! Ja tam nie schodzę, nawet pod groźbą śmierci... - zaprzeczyłem. Ostatnie co pamiętam, to uderzenie w skroń.
***
Obudziłem się jakiś czas potem, ciężko mi stwierdzić dokładnie kiedy. Spowodował to fakt, iż słyszałem krzyk swoich towarzyszy, którzy jak oparzeni wyskoczyli z dziury i pobiegli do ciężarówki. Też to zrobiłem, bo przyznam.. wystraszyłem się. Siadłem za kierownicą, z piskiem odjeżdżając. Moi towarzysze nie odzywali się, tylko płakali. Nie chcieli powiedzieć niczego, to mnie martwiło. Ale stwierdziłem, że nie będę naciskał. Żałuje, że tego nie zrobiłem...
Następnego dnia, cały garnizon obchodził żałobę. Wszyscy z mojego oddziału, wszystkie "Tygrysy" - bo tak nas zwano - popełniły samobójstwo w nocy. Prosto.. lufa w łeb i puf!
Zostałem tylko ja, cały dzień prawdę mówiąc płacząc.
Musiałem się jednakże pozbierać! Musiałem! Wsiadłem na motor, jadąc do bazy ze wczorajszych treningów. Uzbrojony w karabin, berette, magnuma, oraz trzy noże, spokojnym krokiem zszedłem w dół, w nieprzeniknioną ciemność.
Już od wejścia słyszałem jęki, lecz wmawiałem sobie, że to tylko moja wyobraźnia. Byłem w końcu załamany.. Lecz prawdziwa tragedia dopiero nadciągała.
***
Oh, czemu ja tam poszedłem? Moja wędrówka trwała dobre trzydzieści minut, gdy w końcu dotarłem do dużych, metalowych drzwi. Otworzyłem je i... zwymiotowałem! Wszędzie tam była krew, na środku wbity pal, wraz z ciałami moich przyjaciół. Właśnie, przyjaciele! Przecież oni się postrzelili! A tu?! Ich flaki wisiały na ściane, oni sami byli przebici palem.. Odrażający widok..
To nie był jednakże koniec. Pomieszczenie było także wypełnione maszynami, do eksperymentów. Chyba pochodziły jeszcze z drugiej Wojny Światowej. I te żarówki.. zaczęły migotać! Nie! Światło zgasło, mnie ogarnął całkowity mrok. Usłyszałem szmer, potem jęki..
Schowałem się w kącie, czekając na cud.. Nie nadszedł. Gdy światło się zapaliło, miałem rozpruty brzuch, a moi przyjaciele jedli mi wnętrzności...
Widze, że mi nie wierzysz.. Nie dziwie Ci się, w końcu siedzę przed tobą. Ale podaj rękę, nie bój się..
Oh, ale cieplutka! Nie bój się, wsadzę ją teraz do marynarki, dobrze? Mhm.. Czujesz to, twarde, co nie? To mój kręgosłup.